|
autor:
pepe9donkey
„List z raju, czyli jak upał negatywnie
wpływa na czynności życiowe nie w pełni normalnego człowieka”
Siedzę, proszę ja ciebie, na ganku, drapię się w głowę lekko zużytą
szczoteczką do zębów, a w plecy drapaczką rodem z Trzęsacza i myślę.
Ciężko idzie, bo raz, że jestem nieco „zmęczony” po wczorajszym całonocnym
ognisku, a dwa, że z kuchni do uszu dobiega mi murzyńskie pienie, brat w
pokoju zapuszcza jakiś pogański, bluźnierczy deathmetal, z warsztatu
słychać odgłosy toczenia, wiercenia, gwintowania, fazowania i cięcia, a z
garażu spawanie. Sąsiedzi zza rzeki tną drzewo, a ci zza płota koszą
trawę. Pies zawodzi, a psy sąsiadów odpowiadają, w dodatku koleś
przyjechał ciągnikiem po złom, a na polach obok zaczęły się już żniwa…
szszszkuuuuurna jak ja kocham tę błogą ciszę…
Normalnie, proszę ja ciebie, nic mi się nie chce. Kot mnie olał (nie
dosłownie przecież). Mówię ci, wołam go po imieniu: Wiager! Kicikici (imię
to „Wiager”, a nie „Kicikici”), a ten normalnie nic. Nazat przyszedł tośmy
trochę pogadali jak zwykle o niczym i jak zwykle na huśtawkach. Nic mi z
tego nie przyszło, tylko znowu mi się niedobrze zrobiło od tego huśtania.
Na garach, mówię ci, grać mi się nie chce, mimo, iż podwójna stopa się
wietrzy, na neta nie pójdę, bo raz, że P133, dwa, że modem, a trzy, że do
tej pory wujek mnie ściga za to 150zł, co to je ostatnio naciągnąłem.
Wwwwwamać… normalnie, mówię ci, grzeje tutaj jak cholera. A ja, szkurna,
na czarno ubrany, z długimi włosami, (bo tak każe moja „kultura”) i
zdycham tu i pocę się niemiłosiernie, a do domu nie pójdę, bo tam jeszcze
gorszy upał, a wentylator brat do pokoju zabrał. Siedzę, więc na ganku, bo
tu trochę chłodniej i mówię ci, zdycham normalnie. Siostra przyszła i mówi
cobym się posunął, bo ona to na ploty do koleżanki spieszy i nie może się
spóźnić, to ja jej mówię, że mnie się nie chce i wogle to do zwłok niech
nie gada, bo ludzie powiedzą, że szalona jaka. Nie no, wiesz, świnia to
nie jestem, tylko czasem może trochę chamski, ale w końcu to ją
przepuściłem.
Mówię ci, na tym upale to trochę zgłodniałem, a czuję, że mi się tam w
kuchni bób gotuje, to myślę sobie tak: szkurna pójdę tam, sprawdzę czy mój
obiad już gotowy, czy nie, a jak szybko to zrobię, to może mnie to gospel
nie zabije. I, wiesz, przechodzę koło pokoju brata, a tam odgłosy
mordowania słyszę (później się dowiedziałem, że to tylko Ryłkołak i, że
nie ma powodów do paniki). Z kopa drzwi od kuchni i wpadam tam z bojowym
okrzykiem „Fajer’n de hołl!!!”, a z głośników radia trzeszczące „Alleluja”
słychać. A tam, rozumiesz, ukrop. Wentylator brat do siebie zabrał, a w
kuchni piekarnik włączony, bób paruje, drzwi i okna pozamykane (z obawy
przed poważnym uszkodzeniem słuchu i umysłu wskutek docierającej do
narządu słuchu, zbyt dużej ilości decybeli, powodowanej zadymą na podwórku
oraz bluźnierczym rykiem w pokoju brata). A ja, mówię ci, jak w „Miszyn
Impasibl”, salto, odskok, za garnek jedną łapą, drugą za sitko i odcedzam
bób, ukrop nieziemski, „Alleluja” z głośników, nawet, szkurna, nie
spróbowałem tylko odcedziłem i won z kuchni. W rezultacie, szkurna,
poparzone łapy mam i twarz i jem gorący, niedogotowany, przesolony bób z
dodatkiem insektów (kocham te posiłki na powietrzu), w okropnym upale. I,
szkurna, nawet popić czym nie mam, bo, rzecz jasna, nie zamierzam
ryzykować po raz kolejny i wkraczać do domu przed zachodem słońca. A do
tego jeszcze niestety daleko.
Pytasz, jak mi się dzień skończył? Już mówię. Widzisz, siedzę teraz przed
kompem i paruję. Piszę jakiś durnowaty tekst, właściwie to nawet nie wiem,
po co się tak wysilam. Żeby wczuć się w klimat musiałem się nieco
sponiewierać (rozumiesz, normalnie to czegoś takiego to bym kijem nawet
nie tknął). No nic… żegnam i mam nadzieję, że więcej nie będziesz musiał
czytać takich bredni, ja sam też nie chcę, toteż błędów sprawdzać nie
będę.
P.S. Najmocniej przepraszam za ten tu wieśniacki język, co to żem
wykorzystał oras za błendy ortografitrzne.
|