|
autor:
fino
Ch*jowo
Siema. Jestem fino, założyciel, administrator i mistrz Click Portalu. Byłem uczestnikiem Zjazdu Twórców Gier (Warszawa '09). Zapraszam wszystkich na cportal.webd.pl, bo to jedyne słuszne forum o klikach w Polsce. OKej. Nie będę się rozpisywał, bo po prostu mi się nie chce (tekst napisany dnia 27 sierpnia 2009r. w przerwie w pracy). Powiedzmy, że postaram się skrócić to, co widziałem i słyszałem. Co robiłem, kiedy i gdzie. Ja wszystko widzę inaczej, więc ten tekst może różnić się od innych dotyczących zjazdu. Bez rewelki, było fajnie. Tak, po prostu. Z niedzieli na poniedziałek musiałem się wyspać, więc ominęła mnie jedna z lepszych imprez. Szkoda, ale czego się nie robi dla pasażerów. Wyspany kierowca to lepszy kierowca. Do pokonania mieliśmy tak na oko 300 kilometrów. Do stolicy dojechaliśmy moim autem. Ja i szaql (czyt. szakul, nie szakyl, szakal, szagl, bo niektórzy tak mówili, LOL) z Bartoszyc, Mateusz9206 z Lidzbarka Warmińskiego. Podróż przebiegła bez problemów. Żaden list z fotką do domu nie przyszedł. Dzięki, mobilki.
W Warszawie byliśmy około godziny 12. Po kilkudziesięcio minutowym lansie po stolicy, wreszcie trafiliśmy na Pikora wybiegającego z hotelu bardzo oryginalnej nazwie: "Premierre Classe" (ach, ta klasa). Poznał nas i pokazał najlepsze miejsce do zatrzymania. "siema", "cześć". Ok, przywitani. szaql i Pikor ponieśli nasze bagaże do pokoju, ja zaś strzegłem auta przed mandatem. Bo jak się okazało, najlepsze miejsce do zatrzymania nie było wcale najlepszym. W międzyczasie przybiegli do mnie wszyscy moi fani (moderatorzy i userzy z CP), chcieli mi pomóc nosić bagaże, ale już nic nie było. Proponowali też umycie samochodu, ale nie widziałem najmniejszego sensu (jeszcze czekała mnie podróż z powrotem). Dzięki za chęci, chłopaki. Po kilku minutach ja, Max i Pikor odjechaliśmy w poszukiwaniu lepszego miejsca parkingowego, a szaql i Mateusz poszli pilnować moich bagaży. I znaleźliśmy, nawet strzeżone, a co najlepsze - za friko. Była to działka Pikora, niestety musieliśmy wracać autobusem, co trwało przynajmniej 4 razy dłużej. Albo 5, nie pamiętam już.
Hotel wyglądał całkiem przyzwoicie. Miły (jak się później okazało - bardzo (sic!) cierpliwy) personel. Czyściutko, pachnąco. Pokoje otwierane na karte magnetyczną, solidne windy, fajny sufit, szybkie schody, łazieneczki w pokojach, fajne widoki, czysta pościel. Przed wejściem do budynku znajdowała się słynna palarnia "na ławeczce", dla niektórych znana jako "pod ławeczką". Niedaleko znajdował się drugi hotel, który często mijaliśmy idąc do sklepu i nieczęsto odwiedzaliśmy, bo nas tam po prostu nie lubili (mnie lubili, ale napisałem ogólnie). Poza tym rządziliśmy 6-tym piętrem, codziennie mieliśmy spotkania z ochroniarzami i nie spożywaliśmy alkoholu.
Wjechałem na górę i zacząłem szukać mojego pokoju. Przywitałem się z kilkoma nowymi osobami, chwilę pogawędziłem i nagle coś usłyszałem, wiedziałem już, gdzie mieszkam. To był fantastyczny dźwięk wydobywający się z pokoju o najbardziej kozackim numerze 503. Po chwili drzwi otworzyły się szeroko. Ujrzałem szaqla rozpakowującego nasze bagaże i człowieka trzymającego 2 puszkowane, dopiero otworzone piwa (tak, to ten dźwięk otwieranej puszki). "fino, k*rwa, kolego! Trzymaj browca!". To Bedziu. Trudno go nie poznać. Wypiliśmy na przywitanie, ogólnie ja nie spożywam alkoholu, ale po co miało się zmarnować te przepyszne, schłodzone piwo. Pogadaliśmy, rozpakowaliśmy się i piliśmy oranżadę. Po cztery dla każdego z nas. Tak więc w pokoju byłem z szaqlem i Bedziem. Przynajmniej do środy.
Poniedziałkowy wieczór przebiegał całkiem spoko. Nawet wyszliśmy na inaugurację. I był TVN Warszawa, ale nic ciekawego nie nagrali (filmik jest gdzieś w necie). Nie wiem, do której trwała ta cała "impreza", bo zmyłem się (wraz z Maxem, szaqlem, Kamilem, chyba z Bedziem i nie pamiętam już kim) do sklepu po prowiant. Zrobiliśmy zakupy, popstrykaliśmy zdjęcia z olbrzymim, plastikowym hamburgerem i poszliśmy gdzieś. Później z powrotem do sklepu, bo skończył się napój. I znowu poszliśmy gdzieś. Nie wiem gdzie. Nie pamiętam. Obudziliśmy się rano w swoich pokojach, trochę zmęczeni, ale szczęśliwi, bo inauguracja była udana.
Wtorek i środa to były bardzo podobne, trochę nudne dni. Nie pamiętam już co dokładnie robiliśmy w określonych godzinach. Wiem, że wstawaliśmy jakoś około godziny 11 i jechaliśmy na prelekcje. Po kilku godzinach odsypiania poprzedniego wieczoru wracaliśmy metrem do hotelu. Kto chciał, ten mógł iść na miasto coś zjeść (ja i kilku innych ziomków woleliśmy zjeść w hotelu). Wtedy też wydarzyło się coś okropnego... coś, co w dużej mierze zaważyło na losach jednej osoby z mojego pokoju. W skrócie: kilka osób zostało na mieście w celu wszamania czegoś ekstra. Bedziu chciał zjeść jak normalny biały człowiek, normalny smaczny obiad (pewnie gorszy od tego mojej babci, ale i tak normalny obiad z zupką i drugim daniem), a reszta chciała chemię z jakiegoś fast-fooda (dla niektórych osób to chyba była nowość). Dobra, Bedziu poczekał, aż wszyscy zjedzą i znalazł sobie jakiś bar mleczny. Zamówił obiadek, zjadł, wyszedł i... pusto. Wszyscy się pochowali. Zadzwonił gdzieś i powiedziano mu, że wszyscy już są w hotelu. Bedziu zdenerwował się. W sumie wcale nie dziwne. Duże miasto, nie wiadomo gdzie jechać... Po jakimś czasie wszyscy wyskoczyli z ukrycia i było śmiesznie. Haha, śmieszne, co? Przynajmniej tak mi tą sytuację kilka osób opisało.
W środę wieczorem, z kilkoma osobami byłem na basenie (gdzieś daleko, daleko, bo metrem dość długo jechaliśmy i z 3 fajki po drodze poszły). Się poskakało, się popływało. I zjeżdżalnia była (słaba, u nas są o niebo lepsze). I woda była. I sklep z piwem. Po powrocie do hotelu dowiedziałem się, że Bedziu pojechał pociągiem do domu (sic!). Dlaczego? M.in. chodziło o tą akcję z obiadem, a także o inne sytuacje - wrogość innych, głupie, chamskie żarty. Dziecinne tekściki skierowane w jego kierunku itd. Fanotherpg po prelekcjach był z Bedziem kupić bilet. Szkoda tylko, że nic nie powiedział, bo można było tego uniknąć, jakoś wszystko załatwić, cokolwiek. Nawet się z Bedziem nie pożegnałem. Ale za to z 3 flaszki pękły. Coca-Coli. I z kilogram puszek po oranżadzie się uzbierało. Się pije, się zbiera, się idzie na skup i się ma kasę, nie? I jakieś tam fotki się popstrykało. Szkoda, że Bedziu nas opuścił, to jest naprawdę równy gość.
Dobra. O Bedziu koniec. Pojechał, zostawił nas i się nie pożegnał. Niedobry! Ale trzeba było żyć dalej. Zebraliśmy stałą ekipę (tj. ja, szaql, Max, Kamil i spółka) i marsz do sklepu po oranżadę, Coca-Colę i faje. Napoiliśmy się. Nie pamiętam, czy to w ten dzień mieliśmy miau k*rwa jacuzzi. Nieważne. I tak musiałbym o tym napisać. Więc było miau k*rwa jacuzzi, miau k*rwa sauna i miau k*rwa pokoik nazywany przez tubylców siłownią (chyba dla pedzi). Wszystko to było w piwnicy drugiego hotelu (tak, to ten, w którym nas nie lubili, zresztą chyba nigdzie nas nie lubili). Była piana, była impreza. Jak zwykle ekipa od oranżady, Coca-Coli i faj wiedziała kiedy opuścić lokal. Wiadomo - w odpowiednim czasie. Kto został, ten sprzątał po wszystkich, bo burdel był, wody po kostki, piana na suficie itd. Nas już to nie interesowało. Podczas kolejnej wycieczki do sklepu dowiedzieliśmy się, że wszystko posprzątane, pod kontrolą. Jeszcze się szwendaliśmy, kilka razy zahaczyliśmy sklep (w pewnym momencie babka w sklepie była z nami na "cześć", chyba po setnej wizycie) i dalej nie pamiętam. Aa! Wiem jeszcze, że w nocy spaliśmy w pokoju z Platyną, który się do nas wpierdzielił zamiast Bedzia i oglądał pornuchy w telewizji. A to zboczuch! Nie wiem kiedy zasnąłem.
Obudziłem się z samego rana. Zapowiadała się ładna pogoda. Od razu wiedziałem, że na żadne prelekcje nie idę. A co! Kiedy doszedłem do siebie dowiedziałem się, że do domu pojechał już Kamil (niegrzeczny, nie pożegnał się tak jak Bedziu!). Zaproponowałem Maxowi, Exerowi i szaqlowi zgubienie się na mieście. "Dobry plan, jak się gubić to się gubić" powiedzieli i pojechaliśmy metrem gdzieś daleko. Jako, że nasze 3-dniowe bilety były ważne do godziny 23:59, mogliśmy się polansować. Zwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc, w tym kilka barów (m.in. pod Pałacem Kultury i Nauki, Skręcaj Hot-Dogi), pytaliśmy ludzi o drogę. Jedni mówili: "idźcie w prawo", a inni "oni kłamią, idźcie w lewo". Jeden koleś powiedział, że za 200 zł od łebka podrzuci nas helikopterem. Pełen spontan. W pewnej chwili całkowicie nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Nie wiadomo było, czy to jeszcze Warszawa, czy już nie. Po kilku godzinach wędrówki, brechania i rozmawiania z losowo wybranymi ludźmi byliśmy bardzo zmęczeni. Cudem wróciliśmy do hotelu, przebraliśmy się, popiliśmy i dawaj znowu na miasto. Przy okazji odprowadziliśmy Exera na dworzec, bo jechał już do domu. Ponownie posiedzieliśmy pod Pałacem Kultury i Nauki, wypiliśmy kilka oranżadek (u nas kosztują po 4 zł za 0,5l, a w Warszawie ździerusy liczą sobie 7 zł!). Wróciliśmy późnym wieczorem i coś robiliśmy. Pamiętam, że chodziliśmy po pokojach szukając kompanów na fajkę, bo już fajek nie mieliśmy. Ale nikt nie palił i musieliśmy po raz nie wiem, który raz iść do sklepu. A jak fajki, to i oranżadka. I lachony. Później pamiętam imprezę u nas w pokoju, dużo ludzi było. Nawet Fanotherpg zawitał. Nawaliłem się jak meserszmit. Ostatnia nocka, więc sobie pozwoliłem. Oranżadka była mocna, bo 7 procentowa (dębowa).
Piątek minął bardzo szybko, bo wstałem około 11, a później do samego wieczora z szaqlem, Maxem i Pikorem śmigaliśmy po mieście (drugi part zwiedzania). Nie chce mi się już pisać co dokładnie robiliśmy. Byliśmy prawie wszędzie. Mamy dużo zdjęć i upominków, hehe. Wieczorem z szaqlem i Maxem zapaliliśmy wspólnie po ostatniej fajce (to moment, w którym Max zakosił mi zapalniczkę, moją zieloniutką kozacką zapalarę). Wcześniej położyłem się spać. Na trzeźwo tym razem. Rano czekała mnie (tak, mnie, bo te szczury spały podczas drogi) 3-godzinna podróż.
Około godziny 10 pojechałem z Pikorem po moje auto (dzięki Max za bilet, bo już byłem całkowicie spłukany, kiedyś Ci kasę oddam). Autko odebrałem, o 12:05 wróciłem po szaqla i Mateusza pod hotel (już od 5 minut byli bezdomni). Zapaliłem fajkę, pożegnałem się ze wszystkimi, którzy jeszcze byli i dzida na chatę. O 13:00 wyjechałem z Warszawy. O 16 z kawałkiem, po spokojnej podróży byłem w Bartoszycach. A wieczorem impreza.
Miło wspominam te chwile, nie było może tego, czego oczekiwałem, ale i tak było spoko. Na kolejne zjazdy nie zabierajcie komputerów i niech mi nikt nie mówi o klikach, bo zbanuję. Na takich zjazdach nie powinno się poruszać żadnych komputerowych tematów. Ma być fajnie, wesoło i zwiedzaniowo-imprezowo! Tyle.
PS: Masz już konto na Click Portalu? Nie? To na co czekasz?!
|